Historia nie jest nudna, są tylko źle opowiedziane historie...
Blog > Komentarze do wpisu

Ułańska fantazja

Ansaldo A1 Balilla - m.in. na tym samolocie na początku lat 20-tych myśliwcy sprawdzali wysokość mostu Poniatowskiego ;-)


Tramwaj 


W momencie pojawienia się lotnictwa, ułani będący do tej pory elitą armii i cieszący się największym splendorem pośród wszystkich rodzajów broni, zyskali groźną konkurencję. Nimb nieustraszonych pionierów przestworzy, którzy dokonywali bohaterskich czynów z samobójczą wręcz odwagą, działał na wyobraźnię nie mniej niż ukształtowany przez historię romantyczny wizerunek ułana.
Nie trzeba dodawać, że taka sytuacja nie sprzyjała utrzymaniu dobrych stosunków między przedstawicielami obu rodzajów broni. Ułani i lotnicy po prostu za sobą nie przepadali, a nieporozumienia i wzajemne złośliwości, stanowiły stały element ich wzajemnych relacji. Ułani lekceważąco nazywali lotników „latawcami”, a lotnicy „parafrazując” słowa popularnej piosenki, odwdzięczali się określeniem „hejheje”, albo „malowane dzieci”.
Jednym z najbardziej zaskakujących owoców wzajemnych niechęci była tzw. „zabawa w tramwaj”, której reguły ukształtowały się w okolicznościach tyleż zabawnych, co przypadkowych.
Jej pomysłodawca – świetny pilot myśliwski i doskonały kompan, prawdopodobnie nigdy nie miałby okazji wykazać się kreatywnością, gdyby na początku lat dwudziestych nie wydano w Warszawie, dosyć osobliwego rozkazu. Otóż ówczesny komendant miasta – tradycjonalista i były carski oficer, nakazał aby wszyscy oficerowie kawalerii, podczas wyjść na miasto nosili szable. Dla dopilnowania czy rozkaz jest należycie przestrzegany, powołano specjalnych oficerów kontrolnych, którzy mieli się bacznie przyglądać wszystkim napotkanym na ulicach Warszawy kawalerzystom.
W owym czasie mundury lotników były praktycznie takie same jak mundury ułanów i różniły się wyłącznie ciemnożółtym otokiem na czapce i takimi samymi patkami na kołnierzu. Jeden z pułków ułanów również posiadał otoki i patki w kolorze żółtym, tylko w nieco innym odcieniu. W oczywisty sposób takie podobieństwo – zwłaszcza po zmroku – musiało prowadzić do pomyłek i komicznych czasami nieporozumień.
Jedną z takich sytuacji opisał młody wówczas oficer, równie młodego polskiego lotnictwa - Janusz Meissner. Otóż pewnego sobotniego wieczora, na jednej z warszawskich ulic, Meissner wraz grupą kolegów ze swojej jednostki natknęli się na oficera kontrolnego w osobie rotmistrza kawalerii, który nagle wyrósł przed nimi jak z pod ziemi. Lotnicy dopiero co wyszli z niezbyt udanego przyjęcia i w pośpiechu podążali w kierunku restauracji „Astoria” na Nowym Świecie. Tam przy kieliszku jakiegoś „męskiego” trunku, zamierzali nadrobić czas stracony na przyjęciu, i zmyć z gardeł smak niemiłosiernie słodkiej wiśniówki, którą częstowała pani domu. Rotmistrz służbista myśląc, iż ma do czynienia z żołnierzami z własnego pułku, bez ogródek zapytał:
- A panowie czemu nie przy szablach?
Jego pech polegał na tym, że mówiąc to, swoje spojrzenie skierował na tego porucznika, który był szczególnie poirytowany dotychczasowym przebiegiem wieczoru i któremu najbardziej spieszyło się do „Astorii”.
- A dlatego panie rotmistrzu, bo lotnikowi szabla potrzebna, jak ułanowi rozum!

Towarzystwo
ryknęło śmiechem, rotmistrz zbladł, zapachniało grubszą aferą. Szczęśliwie dla wszystkich, jeden z lotników okazał się być byłym ułanem i rotmistrza trochę prośbą, trochę siłą, zaciągnięto do najbliższej knajpy na pojednawczą „kolejkę”. Po wzniesieniu kilku toastów, towarzystwo tak się zbratało, że lotnicy postanowili towarzyszyć rotmistrzowi w pełnieniu jego trudnej służby kontrolnej, aż do końca wieczoru.
Za radą jednego z pilotów, który w ten sposób przeszedł do historii, jako twórca „zabawy w tramwaj”, rotmistrz wetknął koniec szabli w szynę tramwajową, lotnicy ustawili się za nim w szeregu i tramwaj „pojechał” przed siebie.
„Dalej w każdym barze z lewej strony piliśmy po jednej „czystej”, a z prawej – po szklaneczce piwa. Zwrotnice kierowały szablą, szabla ułanem, ułan zaś coraz dłuższym tramwajem, do którego przyłączali się klienci kolejnych przystanków z wyszynkiem (…) pieśni o wojence, śmiechy i okrzyki niosły się przez opustoszałe ulice, spokojni obywatele w nocnych koszulach ostrożnie wyglądali przez okna, nocni stróże kryli się we wnękach bram, posterunkowi policji znikali zawczasu w przecznicach.”
Impreza zakończyła się dopiero o świcie, kiedy motorniczy w osobie rotmistrza usnął w kolejnej knajpie, a liczba pasażerów tramwaju zmalała do zaledwie czterech.
Ułan i lotnicy rozstali się w przyjaźni, zapominając – przynajmniej na tej jeden wieczór – o dzielących ich animozjach. 

Towarzystwo przeciwlotnicze 

W przedwojennej Polsce koncepcja lotnictwa, jako samodzielnego rodzaju broni, długo nie mieściła się w wyobraźni sztabowych strategów, decydujących o kierunku rozwoju armii. Podstawę armii stanowiły wojska lądowe, z elitarną kawalerią na czele, a lotnictwo było wyłącznie od tego aby wojska lądowe wspierać rozpoznaniem, obserwacją i ewentualnie bombami. Oficerowie lotnictwa mieli mniejsze szanse na awans niż oficerowie wojsk lądowych, a samo lotnictwo było mocno niedoinwestowane. Sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero w połowie lat 30-tych - po śmierci Komendanta znanego ze swojej niechęci do lotnictwa i w obliczu coraz bardziej realnego zagrożenia ze strony Niemiec.
Oczywiście lotnicy mając pełną świadomość takiego stanu rzeczy, nie kryli swojego rozczarowania. W dosyć oryginalny i co tu dużo kryć – odważny sposób, dał temu wyraz płk Wacław Iwaszkiewicz – w owym czasie komendant Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie.
Kiedy podczas jednej z defilad pojawił się na trybunie honorowej, w której zasiadali najważniejsi w armii oficerowie, marszałek Rydz-Śmigły powitał go zwyczajowym:
– Witam pana pułkownika.
– Witam towarzystwo przeciwlotnicze – odpowiedział w kierunku siedzących generałów płk Iwaszkiewicz.

Nie wiadomo jak szanowna generalicja z marszałkiem na czele, przyjęła to niekonwencjonalne powitanie, faktem jednak jest, że Iwaszkiewicza skutecznie omijały awanse i do końca swojej kariery w wojsku pozostał pułkownikiem. 

Na golasa, ale z fasonem 

Oprócz wielu rzeczy, które różniły kawalerzystów i lotników, była jedna cecha wspólna dla obu formacji – ułańska fantazja. Tej nie sposób odmówić ani jednym, ani drugim, przy czym młodzi stażem lotnicy, w niczym nie ustępowali w tym zakresie swoim starszym towarzyszom broni, a nawet starali się jak mogli, żeby ich prześcignąć.
Jednym ze „sportów ekstremalnych”, jakie uprawiali wówczas piloci myśliwscy, były przeloty pod mostem Poniatowskiego w Warszawie. Pomimo tego, iż z oczywistych powodów takie „kaskaderskie” popisy były surowo zakazane, wizja karnego raportu i wszelkich związanych z tym konsekwencji, nie odstraszała kolejnych „ułanów przestworzy”, którzy po wykonaniu takiego przelotu mogli liczyć na swoje pięć minut sławy oraz podziw i uwielbienie płci przeciwnej.
Wśród sceptyków, którzy nie podzielali powszechnego zachwytu i ekscytacji spektakularnymi wyczynami pilotów myśliwskich, był por. Zygmunt Wasilewski - oficer techniczny i pilot 12 eskadry wywiadowczej 1 pułku lotniczego w Warszawie. Wasilewski, zwany przez przyjaciół Waśką, z sobie tylko znanych powodów, nie znosił myśliwców i miał o nich i ich wyczynach jak najgorsze zdanie.
- Wielka mi sztuka, przelecieć pod mostem. Przecież to kaszka z mleczkiem. Przelecieć w biały dzień na golasa przez ulice z burdelu na Litewskiej do lotniska – to jest prawdziwe wyzwanie - zagaił prowokująco.
Chociaż było to jak jawne wyzwanie, żaden z pilotów myśliwskich nie podjął rzuconej rękawicy.
- Bo ja przelecę – dodał po chwili Waśka- Chcecie się założyć? 
Chętnych do zakładu znalazło się kilku. Warunki zostały ustalone, trasa „przelotu” wytyczona, świadkowie i „sekundanci” rozstawieni i impreza się zaczęła.
„Ruch w mieście o tej porze jest jeszcze niewielki, ale podniecenie wśród świadków ryzykownego zakładu rośnie: waży się na ten czyn zuchwały, czy też w ostatniej chwili cofnie? Złapią go czy nie złapią? Uda mu się czy nie? Punkt szósta. Zygmunt rusza do startu. Ma na nogach buciki, na głowie oficerską czapkę, z resztą jest goły jak święty turecki. Za to chody ma jak koń wyścigowy! Do placu Unii Lubelskiej biegnie za nim tylko komplecik dziewcząt lekkich obyczajów i „mama” Kapuścińska, ale nikt go nie goni. Przechodnie – z pewną dozą słuszności – biorą go za wariata i ustępują mu z drogi. Dopiero na rogu Marszałkowskiej zaczyna się pościg: dwaj posterunkowi policji, a za nimi rosnąca zgraja podnieconych obywateli. Wpadają na Puławską, pędzą wzdłuż żelaznych sztachet oddzielających teren lotniska. Motorniczy zatrzymują tramwaje na szynach, pośrodku jezdni stają dorożki i furmanki, na skrajach chodników gromadzą się gapie, ten i ów próbuje zabiec drogę szaleńcowi.”
Golas jest jednak lżejszy, szybszy i nad ścigającym go peletonem, na czele którego biegną zziajani policjanci, ma pięćdziesiąt metrów przewagi. Wkrótce przebiega przez bramę prowadzącą na lotnisko, którą wartownik przytomnie zatrzaskuje tuż za nim i wbiega do najbliższego budynku. Natychmiast pojawia się oficer dyżurny i jak gdyby nic się nie stało rozpoczyna rozmowę z posterunkowymi żądającymi wydania golasa.

- Panowie w jakiej sprawie?
- Gonimy gołego wariata, który schował się w tym budynku! Proszę nas wpuścić panie poruczniku, musimy go złapać! 
Niefortunnie dla ścigających, oficer dyżurny okazuje się być nieprzejednanym służbistą, sztywno przestrzegającym regulaminu.
- Przykro mi panowie, ale tu jest teren wojskowy – wstęp bez przepustek jest niemożliwy.
Dalsze pertraktacje, jak również interwencja wezwanej telefonicznie żandarmerii wojskowej nic nie dają. Czas działa na korzyść sprawcy całego zamieszania, no bo któż z kilkudziesięciu świadków, którzy widzieli jego plecy i gołe pośladki, rozpozna go w zapiętym na ostatni guzik oficerze technicznym 12 Eskadry?
W takiej sytuacji o skuteczności jakiegokolwiek dochodzenia nie ma mowy. Golas zniknął, świadków nie ma, więc sprawa zostaje umorzona z powodu „niewykrycia sprawcy”.
„Z tych przyczyn sława i chwała głównego bohatera płyną jedynie ukrytym, podziemnym nurtem w pułku, nie przenikając do szerszych warstw narodu. Ale Waśka nie jest człowiekiem próżnym – przeciwnie: odznacza się skromnością i nie zależy mu na rozgłosie. Wygrał zakład, pogrążył myśliwców i na tym kończą się jego ambicje.” 

Przedwojenni lotnicy byli niezwykłym skupiskiem nietuzinkowych osobowości. Ci sami ludzie, którzy w czasie wolnym, zdolni byli do najbardziej zwariowanych zachowań, jednocześnie niezwykle poważnie traktowali swoje obowiązki. Kiedy przyszedł czas próby większość z nich wzorowo wypełniła swoje zadania, potwierdzając elitarność i wyśmienite wyszkolenie. Nieokrzesani młokosi, znani ze swoich sztubackich żartów, „wyrośli” na świetnych pilotów, wybitnych dowódców i dzielnych żołnierzy.
Spośród tych, którzy we wrześniu 1939 roku rozpoczęli bój w mundurze lotnika, wojnę przeżył zaledwie jeden na pięciu...

Bibliografia:
J. Meissner, Wiatr w podeszwach, Warszawa 1971
W. Urbanowicz, Początek jutra, Kraków 2008

poniedziałek, 30 lipca 2012, jonaszdrobniak

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
ojciec_wwwirgiliusz
2012/07/31 06:45:15
Uwielbiam Meissnera. Wspaniały gawędziarz, a tak trochę apropos, a trochę nie. Kiedyś zbliżyłem się do towarzystwa pilotów szybowcowych i spadochroniarzy. Oni też nie darzą się sympatią jak ułani i piloci. Spadochroniarze nazywają szybowników "szklarzami", a ci odwdzięczają się "glebotłukami", albo "glebojebami" nawet ;-)
pozdrawiam
-
2012/07/31 21:38:52
Pierwsza książka Meissnera jaką czytałem to "Orlęta i orły" - miałem wówczas kilkanaście lat i pamiętam, że byłem nią zachwycony. Chyba żadna następna książka tego autora nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Zgadzam się, Pan Janusz potrafił opowiadać jak mało kto.
Urbanowicz był zdecydowanie lepszym pilotem niż literatem, ale jego książki też warto przeczytać, głównie ze względu na walor poznawczy.Był świetnym obserwatorem, nie tylko jako pilot myśliwca i to widać w jego książkach.
Natomiast odnośnie "apropos", to rozmawiałem kiedyś z pilotem szybowców i miał podobnie zdanie na temat paralotniarzy - o ile pamiętam to wyraził się o nich - "ci co latają na szmatach" ;-)

  

   
stat4u





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

free counters