Historia nie jest nudna, są tylko źle opowiedziane historie...
Blog > Komentarze do wpisu

Najdłuższa bitwa II wojny światowej

Część I

Winston Churchill miał prawo być w złym humorze. Był koniec lipca 1944 roku i armie Aliantów już dawno opuściły plaże Normandii, zbliżając się w pogoni za rozbitymi niemieckimi dywizjami do stolicy Francji. Wszystko układało się po myśli Sprzymierzonych i brytyjski Premier nie miałby powodów do niepokoju, gdyby nie ostatnie raporty wywiadu i analizy naukowców. Powód bezsennych nocy Premiera miał czternaście metrów długości, ważył trzynaście ton i swoim kształtem przypominał wielkie cygaro. Olbrzymia rakieta Vergeltungswaffe-2 (broń odwetowa Nr 2), potrafiła osiągnąć pułap prawie 90 tys. metrów i prędkość dochodzącą do 5500 km/h, co powodowało, że obrona przeciwlotnicza była wobec niej bezradna. Według zapewnień angielskich analityków, siła wybuchu tonowej głowicy jaką przenosiła rakieta V-2, zdolna była zrównać z ziemią cały kwartał londyńskiej ulicy. Wkrótce miało się okazać, że szacunki nie były przesadzone i niszczycielska siła najnowszej Wunderwaffe Hitlera, przewyższała wszystko czego do tej pory londyńczycy zdążyli doświadczyć podczas tej wojny, włącznie ze znanymi im już bombami latającymi V-1.



Bomba latająca V-1


Pierwsze ostrzeżenie

Niespełna pięć lat wcześniej, w październiku 1939 roku, brytyjski attache morski, kontradmirał Hector Boyes, pośród wielu innych przesyłek jakie zwyczajowo dostarczano mu co rano na biurko, odnalazł białą grubą kopertę, na której nie było nazwiska i adresu nadawcy. Jak się okazało koperta zawierała obszerny, napisany w  języku niemieckim maszynopis. Boyes początkowo próbował przetłumaczyć tekst samodzielnie, posiłkując się słownikiem, ale skomplikowana treść szybko przerosła jego skromną znajomość niemieckiego i wkrótce wezwał tłumacza. Treść maszynopisu wydała się kontradmirałowi tak niezwykła, że jeszcze tego samego dnia po południu, samolot kurierski, w specjalnie zabezpieczonym opakowaniu zabrał intrygujące pismo do Londynu, gdzie od razu trafiło do sztabu brytyjskiego wywiadu.
Pierwszy z treścią tajemniczego listu, któremu nadano kryptonim „raport z Oslo”, zapoznał się dr Reginald Victor Jones – osobisty doradca Winstona Churchilla w zakresie techniki wojskowej. Im bardziej dr Jones zagłębiał się w dokumentację jaką zawierał dostarczony mu raport, tym większe było jego zdumienie. Kolejne kartki maszynopisu przedstawiały informacje o pracach jakie Niemcy prowadzili nad najnowszymi rodzajami broni – m.in.  nowym typem radaru, radiowym systemem nawigacyjnym, czy zapalnikami zbliżeniowymi, które miały znaleźć zastosowanie w amunicji przeciwlotniczej. Największe zainteresowanie dr Jonesa wzbudziła informacja o tajnym ośrodku w Peenemünde na wyspie Uznam, gdzie według anonimowego informatora prowadzono badania nad całkowicie nową bronią – bombami latającymi i rakietami balistycznymi.
W ocenie Jonesa przesłany raport zawierał bezcenne informacje, które powinny być poddane dalszej weryfikacji i rozpracowaniu wywiadowczemu, a na szczególne zainteresowanie zasługiwał według niego tajemniczy ośrodek w Peenemünde.
Niestety argumenty, które dr Jones zawarł w pisemnym sprawozdaniu nie znalazły uznania u jego zwierzchników. Bezskuteczne okazały się również próby przekonania ich w bezpośredniej rozmowie.
- To wygląda na ewidentną prowokację niemieckiego wywiadu, drogi przyjacielu – protekcjonalny ton brytyjskiego komandora – kolejnego oficera wywiadu, z którym Jones rozmawiał w tej sprawie, był aż nadto wyraźny. Dla niego – starego wygi z wieloletnim wojskowym stażem, Jones był po prostu naiwnym żółtodziobem, który dał się nabrać na wywiadowcze plewy, a teraz niepotrzebnie zawraca mu głowę.
- Do tej pory udało mi się ustalić, iż wiedza, którą uzyskaliśmy z innych źródeł, pozwala potwierdzić przynajmniej część informacji zawartych w raporcie. Czy to nie wystarczający powód, aby całość potraktować poważnie?
- Dał się Pan nabrać na najstarszy trik wywiadu. Informacje prawdziwe, które przeciwnik łatwo może sprawdzić, dla stworzenia pozorów autentyczności, mieszane są z fałszywkami. Czytał Pan dokładnie cały raport?
- Oczywiście, że tak – Jones nie dał się sprowokować.

- I uważa Pan, że możliwe jest aby jeden człowiek dysponował dostępem do tak obszernych i różnorodnych informacji i jednocześnie posiadał wiedzę techniczną na poziomie, który pozwalałaby napisać fachowe opracowanie? Poza tym, czy ktoś dysponujący informacjami wartymi miliony funtów, oddaje je za darmo? W wywiadzie takie cuda się nie zdarzają doktorze Jones.  

W ten sposób bezcenne informacje trafiły do archiwum – pierwsze ostrzeżenie przed latającymi bombami i rakietami dalekiego zasięgu zostało całkowicie zlekceważone, a do całej sprawy powrócono dopiero po trzech latach.

Ciekawostkę może stanowić fakt, iż nadawca tajemniczej przesyłki pozostał anonimowy jeszcze przez kilkadziesiąt lat po wojnie. Osobę tajemniczego autora listu próbowali bezskutecznie ustalić kolejni historycy zajmujący się tą sprawą. Typowano między innymi dr inż. Hansa Heinricha Kummerowa – niemieckiego antyfaszystę współpracującego ze słynną „Die rote Kappele”, ale hipotezy tej nie można było w żaden sposób zweryfikować ponieważ Kummerow nie przeżył wojny – wraz z całą rodziną został zamordowany przez Gestapo. Dopiero w 1989r. ukazała się książka niemieckiego fizyka Hansa Ferdinanda Meyera, w której przyznał się do napisania „raportu z Oslo” i ujawnił wszystkie okoliczności jego powstania. Meyer szczęśliwie przeżył pobyt w obozie w Dachau, w którym w 1943r. osadzono go za jego antyfaszystowskie przekonania i zmarł dopiero w 1980 roku dożywszy sędziwego wieku 85 lat. Meyer spisał swoje wspomnienia, ale z nieznanych powodów zastrzegł, że mogą być opublikowane dopiero po śmierci jego oraz jego żony.

Polski wywiad wchodzi do gry

Dr Jones co prawda zrezygnował z kolejnych prób przekonania swoich zwierzchników, ale nie zapomniał o całej sprawie i czekał cierpliwie na jakikolwiek nowy impuls, który pozwoliłby mu powrócić do tematu wywołanego „raportem z Oslo”. Takim impulsem miały się okazać raporty wywiadu ZWZ-AK, które zawierały informacje o niemieckim poligonie doświadczalnym w Peenemünde.
W przeciwieństwie do Brytyjczyków, których siatka szpiegowska w Niemczech już w pierwszych miesiącach wojny została całkowicie zlikwidowana, wywiad ZWZ-AK posiadał doskonałe rozeznanie wywiadowcze o tym co się dzieje w Rzeszy i w krajach okupowanych. Poza całkowitym oddaniem sprawie i doskonałymi kwalifikacjami osób zaangażowanych w pracę wywiadowczą, o skuteczności polskiego wywiadu decydowała liczba osób, które mogły być potencjalnymi informatorami. Mowa tu o przymusowych robotnikach pracujących w niemieckim przemyśle. Ci, którzy zdecydowali się dobrowolnie na wyjazd do Rzeszy mieli możliwość wyboru miejsca pracy, co dawało doskonałą możliwość umieszczenia przeszkolonych wywiadowców w miejscach, którymi interesował się polski wywiad. Dlatego oprócz całkiem przypadkowych przymusowych robotników, którzy przekazując informacje, często nie byli świadomi ich wagi i znaczenia, na terenie Rzeszy udawało się umieścić ludzi przeszkolonych, nierzadko z technicznym wykształceniem, którzy doskonale wiedzieli czego szukać i na co zwrócić uwagę. Legalne papiery i charakter wykonywanej pracy, często dawały im dostęp do miejsc i informacji o strategicznym znaczeniu. W ten właśnie sposób na Pomorze wysłano inż. Jana Szredera pseudonim „Furman”, który otrzymał zadanie rozpoznania obiektów wojskowych w tym rejonie. „Furman” został zatrudniony w Świnoujściu w charakterze woźnicy w jednostce, która  dostarczała żywność do Peenemünde, dzięki czemu mógł swobodnie poruszać się w bezpośredniej okolicy tajnego ośrodka.
Drugim, jeszcze cenniejszym źródłem informacji o tym co dzieje się w Peenemünde okazał się Roman Träger – Niemiec urodzony w Bydgoszczy, który za namową swojego ojca, również zaangażowanego w konspirację, zdecydował się współpracować z wywiadem AK.   Träger jako żołnierz Wermachtu służył w Peenemünde gdzie zajmował się obsługą urządzeń łączności i miał dostęp do informacji, jakich nie był w stanie zdobyć, nie mający wstępu na teren ośrodka, „Furman”.  
Raporty wywiadowcze z Rzeszy i całej okupowanej Europy trafiały do Biura Studiów Gospodarczych II Oddziału Komendy Głównej ZWZ-AK, gdzie poddawano je weryfikacji i analizie. W ten sposób często na podstawie  wielu pozornie nie związanych ze sobą informacji powstawały szczegółowe raporty poparte dokładnymi analizami, które przesyłano do Londynu. Pierwszy szef Biura, inż. Jerzy Chmielewski zwerbował do pracy  wybitnych naukowców i specjalistów z różnych dziedzin, których znał jeszcze sprzed wojny. Wśród nich był słynny przedwojenny konstruktor lotniczy inż. Antoni Kocjan. Szybowce, których był twórcą  uznawano za najlepsze na świecie, a z rozwiązań konstrukcyjnych jego autorstwa  korzystano jeszcze długo po zakończeniu wojny.
Odręczne szkice i zapiski wykonane przez Romana Trägera, trafiły właśnie do inż. Kocjana, który przeniósł je na mapy sztabowe, wykonując w ten sposób szczegółowy plan ośrodka w  Peenemünde. Meldunek wywiadowczy, który oprócz planów zawierał szczegółowe analizy dokonane przez polskich specjalistów, niezwłocznie przesłano do Londynu.
Meldunki wywiadowcze przesyłano na dwa sposoby. Najpierw zaszyfrowana wiadomość trafiała drogą radiową do polskiej placówki w Londynie. Zaletą tej formy przesyłania informacji była szybkość, ale miała ona poważne ograniczenia polegające na tym, iż w ten sposób nie można było przesłać map, planów, czy zdjęć, które często były najważniejszym elementem meldunku. Dlatego równolegle meldunki wywiadowcze  przesyłano za pośrednictwem kurierów, którzy w formie maksymalnie zminiaturyzowanych mikrofilmów przewozili je przemierzając niemal całą okupowaną Europę. Oprócz oczywistego niebezpieczeństwa jakie groziło kurierowi na całej trasie, innym poważnym mankamentem, którego nie można było wyeliminować, był  czas potrzebny na przewiezienie raportu. W zależności od okoliczności, meldunek wysłany przez kuriera, docierał do Londynu w terminie od dwóch tygodni do nawet kilku miesięcy. Aby zwiększyć pewność dostarczenia meldunku, wykonywano dwie kopie i różnymi szlakami wysyłano dwóch kurierów.
Kiedy w drugiej połowie 1942 roku polska radiostacja w Londynie odebrała meldunek dotyczący Peenemünde, natychmiast zaalarmowano przedstawicieli wszystkich służb wywiadowczych. Niestety jedynymi, którzy dostrzegli wartość meldunku byli Polacy. Brytyjczycy, którzy polskie raporty wywiadowcze zawsze uznawali za wysoce wiarygodne, tym razem informacje, które dostali od swoich sojuszników, zlekceważyli.
Przekonały ich dopiero następne raporty otrzymywane z Warszawy w kolejnych miesiącach, które zaczęto kojarzyć z informacjami przychodzącymi z innych źródeł. Ustalono m.in. że ośrodek w  Peenemünde dostaje przydziały bardzo dużych ilości paliwa, a duńscy i norwescy rybacy donosili o dziwnych obiektach latających, przypominających miniaturowe samoloty bez pilota, które spadały do morza. Sprawę wreszcie potraktowano z powagą na jaką od samego początku zasługiwała.
Nad  Peenemünde zaczęto wysyłać kolejne samoloty zwiadowcze. Analiza lotniczych zdjęć w połączeniu z informacjami wywiadu, co prawda przekonały Brytyjczyków do tego, że na wyspie znajduje się poligon doświadczalny, na którym testuje się coś w rodzaju „latających torped”, jak pierwotnie nazwano latające bomby V-1, ale w dalszym ciągu uważano, że brak jest wystarczających dowodów, aby stwierdzić, że Niemcy pracują nad konstrukcją rakiety balistycznej. Tak, czy inaczej uznano, że należy przeprowadzić atak w celu zniszczenia tajemniczego ośrodka. 
W dniu 29 czerwca 1943 roku na posiedzeniu brytyjskiego Komitetu Obrony podjęto decyzję o przeprowadzeniu zmasowanego nocnego nalotu, przy użyciu ciężkich bombowców, na wyspę Uznam. Na Peenemünde zapadł wyrok.

c.d.n.

sobota, 14 stycznia 2012, jonaszdrobniak

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

  

   
stat4u





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

free counters