Historia nie jest nudna, są tylko źle opowiedziane historie...
Blog > Komentarze do wpisu

Najdłuższa bitwa II wojny światowej - część II

Część II

Gdzie jest rakieta?

W środowe popołudnie 18 sierpnia 1943 roku w Warszawie przy ul. Suchej inż. Kocjan wraz z dr Ireną Pronaszko-Rzepecką - właścicielką mieszkania służącego jako miejsce konspiracyjnych spotkań i odpraw, siedzieli wsłuchani w dźwięk miniaturowego radioodbiornika, który ukrywano w mieszkaniu. W okupowanej Warszawie posiadanie radia, które zapewniało dostęp do niecenzurowanych informacji było śmiertelnie niebezpiecznym luksusem, który można było przypłacić życiem, lub w najlepszym przypadku obozem koncentracyjnym.
Właśnie BBC nadawała audycję w języku polskim, którą rozpoczęto od informacji:
„Dziś w nocy sześćset bombowców RAF dokonało ciężkiego nalotu na Peenemünde, miejscowość położoną…”
- No nareszcie! - Kocjan, który znany był ze swojej powściągliwości w okazywaniu jakichkolwiek uczuć, tym razem był wyraźnie poruszony. „Siedział nieruchomo z pobladłą twarzą, a jego oczy błyszczały jak u wilka. Pierwszy i ostatni raz widziałam go w takim stanie” - Opowie później Pani Irena – „Spojrzałam nań zaskoczona, bo nie wiedziałam jeszcze, dlaczego wiadomość o bombardowaniu nieznanej mi zupełnie miejscowości tak bardzo go poruszyła”.


rakieta V-2


Jeden z największych nalotów II wojny światowej przeprowadzono w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku. Uczestniczyło w nim 596 ciężkich, czterosilnikowych bombowców RAF. Aby Niemcy do ostatniej chwili nie domyślili się, że celem nalotu jest Peenemünde, atak poprzedzono kilkoma kolejnymi nalotami na Berlin. Samoloty w drodze nad Berlin za każdym razem przelatywały nad wyspą Uznam, wzniecając alarm i zmuszając niemieckich naukowców do ewakuacji pod bezpieczny strop schronu. Nadlatujące samoloty, na których początkowo obrona przeciwlotnicza Peenemünde, skupiała maksymalną uwagę, wkrótce oprócz irytacji wyrwanych z łóżek Niemców, nie wzbudzały żadnych podejrzeń. I o to właśnie dowódcom RAF chodziło.
W dniu nalotu, nad Berlin wysłano eskadrę 8 bombowców „Mosquito”, które w momencie kiedy wleciały nad kontynent, już nad Danią, zaczęły zrzucać paski aluminiowej folii, wyglądające na niemieckich radarach, jak setki nadlatujących samolotów. Na spotkanie brytyjskich „bombowców” Niemcy wysłali wszystkie dostępne myśliwce – w sumie ok. 200 maszyn, które wkrótce bezradnie krążyły nad Berlinem, w poszukiwaniu nieistniejącego wroga, podczas gdy na Peenemünde spadały tony bomb. Kilkanaście niemieckich myśliwców, które z wysokości kilku kilometrów dostrzegły w okolicach Peenemünde rozbłyski bombardowania, zlekceważyło rozkaz i odleciało znad Berlina kierując się nad bałtyckie wybrzeże. Niemieccy piloci zdołali zestrzelić 40 brytyjskich bombowców, co najlepiej uświadamia, jaką katastrofą mógłby się zakończyć nalot, gdyby Brytyjczykom nie udało się zmylić niemieckiej obrony przeciwlotniczej co do celu ataku.
Wiadomość o nalocie wprawiła Hitlera w furię. Kozła ofiarnego znaleziono w osobie szefa sztabu Luftwaffe gen. Jeschonnka, który dzień po nalocie popełnił samobójstwo. Takiej okazji nie omieszkała wykorzystać prasa podziemna w okupowanej Warszawie. W konspiracyjnym piśmie „Demokrata” ukazała się fraszka, której autorem był Stanisław Kowalski pseudonim „Lapis”, idealnie oddająca klimat warszawskiej ulicy i okupacyjny humor.

„Wrzesień idzie. Wnet chłody zwarzą letnie pąki.
A tu Führer jak na złość został bez… jeschonki.”

Zbombardowanie Peenemünde było punktem zwrotnym „bitwy o rakiety”. Po pierwsze opóźniło bojowe użycie rakiet V-2 - według różnych szacunków - od miesiąca do ok. pół roku. Po drugie skłoniło Niemców do przeniesienia produkcji i ośrodka doświadczalnego w miejsca pozostające poza zasięgiem alianckich bombowców.
Produkcję rakiet zlokalizowano w górach Harcu w Turyngii, gdzie kosztem życia tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych, wydrążono gigantyczne sztolnie służące jako hale produkcyjne.
Z kolei ośrodek doświadczalny przeniesiono do Polski, w okolice Mielca gdzie znajdował się poligon SS Pustków-Blizna (niem. Heidelager-Blizna).
Tymczasem w Londynie nadal panowała nerwowa niepewność. Euforia, jaka zapanowała bezpośrednio po bombardowaniu, nie zmąciła czujności brytyjskich analityków. Wiedzieli oni, że pomimo niezaprzeczalnego sukcesu jakim było częściowe zniszczenie ośrodka w Peenemünde, ich pojęcie na temat broni, która była tam testowana i produkowana, nadal jest bardzo mgliste. Szczegóły techniczne takie jak zasięg, prędkość, czy przede wszystkim siła rażenia, nadal pozostawały zagadką. 
Przeniesienie ośrodka doświadczalnego na terytorium okupowane Polski, nie uszło uwadze polskiego wywiadu, który bardzo szybko rozpoczął rozpoznanie i już wkrótce do Londynu zaczęły napływać raporty informujące o dziwnej aktywności w okolicy, w której do tej pory nie działo się nic nadzwyczajnego. Jeszcze w sierpniu 1943 roku teren poligonu otoczono podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego, a z okolicy wysiedlono wszystkich mieszkańców. Do Blizny zaczęły przychodzić transporty z nietypowym ładunkiem. Drogę prowadzącą do poligonu wybetonowano i rozpoczęto budowę bocznicy kolejowej, a na terenie poligonu zaczęły powstawać nowe budynki. Tempo prac było imponujące, bo już w listopadzie 1943 roku rozpoczęto testy rakiet. Nowa technologia była niedopracowana i rakiety często eksplodowały w powietrzu, a ich szczątki spadały w trudnodostępnych miejscach. Niemcy zawsze wysyłali specjalną ekipę, która miała za zadanie wyzbierać resztki rakiety, ale żołnierzom AK bardzo często zdarzało się ich ubiec. Oprócz całkowicie zniszczonych resztek rakiety zdarzało się odnaleźć prawie całkiem nienaruszone fragmenty, które natychmiast wysyłano do Warszawy, gdzie poddawano je wnikliwym badaniom. Raporty sporządzane przez polskich naukowców trafiały do Londynu. Niestety analiza pojedynczych, nieuszkodzonych części nie pozwalała na rekonstrukcję całej rakiety i poznanie wszystkich szczegółów technicznych tajemniczej broni. Potrzebna była cała, nieuszkodzona rakieta. W Londynie uświadomiono sobie, że tylko zbadanie całej, nieuszkodzonej rakiety, pozwoli poznać jej tajemnice i opracować skuteczne metody jej zwalczania, tak jak to miało miejsce w przypadku bomb V-1.
Pomysł kradzieży rakiety bezpośrednio z najpilniej strzeżonego niemieckiego poligonu nawet nie wchodził w grę. Równie dobrze można było się pokusić o próbę wyniesienia ulubionego biurka Adolfa Hitlera z jego kwatery w Wilczym Szańcu.
Postanowiono zatem, że rakieta zostanie zdobyta podczas jej transportu koleją. Kiedy plan zdobycia rakiety był już dopięty na ostatni guzik i oddziały Kedywu czekały tylko na rozkaz do ataku, wydarzyło się coś, co całkowicie zmieniło sytuację. W Sarnakach nad brzegiem Bugu spadła kompletna rakieta V-2, która nie eksplodowała! Znajdujący się na miejscu żołnierze AK zdążyli ją zamaskować, tak, że Niemcy nie zdołali jej odnaleźć. Następnego dnia przybył na miejsce inż. Kocjan wraz z grupą naukowców. Rakietę sfotografowano, zmierzono i wymontowano z niej najważniejsze części, które zostały zabrane do Warszawy. Tam zdemontowane elementy poddano dokładnym badaniom, a ich wyniki wraz z analizą i wnioskami przesłano do Londynu. Anglicy byli tak zaskoczeni tym co otrzymali, że wiele opinii i wniosków zawartych w przesłanym z Warszawy raporcie wydało im się nieprawdopodobnych. Jedynym sposobem ich weryfikacji było dostarczenie części rakiety do Anglii.

Most III

Operacji przetransportowania elementów rakiety nadano kryptonim „Most III”. Osobą, która miała osobiście zawieźć cenną zdobycz do Londynu był inż. Jerzy Chmielewski, którego po rocznym pobycie w Oświęcimiu udało się uratować, dzięki łapówce jaką AK wpłaciła za pośrednictwem jego rodziny.
Akcja miała wyjątkowo dramatyczny przebieg. Samolot transportowy C-47 Dakota, który miał zabrać Chmielewskiego wiozącego worek z częściami rakiety oraz cztery inne osoby, wystartował z Brindisi we Włoszech. Jako miejsce lądowania wybrano, prowizoryczne lądowisko w pobliżu Tarnowa. Kiedy samolot wylądował w nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku wszystko przebiegało zgodnie z planem do momentu, w którym pilot próbował wystartować. Okazało się wówczas, że samolot nie chce ruszyć z miejsca. Początkowo myślano, że to wina zablokowanych hamulców, więc przecięto przewody z płynem hamulcowym, dopiero później jeden z żołnierzy AK osłaniających całą akcję, zauważył, że koła podwozia ugrzęzły w rozmiękłym od deszczu gruncie. Koła odkopano, podłożono gałęzie i wreszcie samolot, z ponad godzinnym opóźnieniem, szczęśliwie oderwał się od ziemi. W powietrzu okazało się, że nie można schować podwozia, ponieważ uniemożliwiają to przecięte przewody hydrauliczne, z których wyciekł płyn… Samolot z wysuniętym podwoziem leciał wolniej, co mogło spowodować, iż część dystansu będzie musiał pokonać w świetle dnia. Dla załogi i pasażerów znajdujących się na pokładzie nieuzbrojonej Dakoty oznaczało to śmiertelne niebezpieczeństwo. Szczęśliwie katastrofie zdołano zapobiec, wlewając do instalacji hydraulicznej wodę. O wschodzie słońca, samolot z bezcennym ładunkiem na pokładzie wylądował w Brindisi – na tym samym lotnisku, z którego wkrótce miały startować samoloty z pomocą walczącej Warszawie.

Dziwna gra Anglików

W momencie kiedy koła Dakoty oderwały się od ziemi, na pokładzie samolotu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Zaraz po starcie inż. Chmielewski, który miał wyraźny rozkaz, aby worek z częściami rakiety V-2 przekazać polskim oficerom wywiadu, którzy podadzą umówione hasło, został poproszony o oddanie cennej przesyłki. Kiedy kategorycznie odmówił, po jakimś czasie załoga Dakoty ogłosiła, że prawdopodobnie trzeba będzie awaryjnie opuścić samolot używając spadochronów, w związku z czym ponownie proszą o oddanie worka z częściami V-2. Chmielewski po raz drugi oświadczył, iż ma rozkaz nie rozstawać się z przesyłką i jeśli zajdzie konieczność skoku ze spadochronem, to on będzie skakał razem z nią. Dano mu spokój, aż do momentu przybycia do Londynu, gdzie prosto z lotniska został zabrany do willi pod miastem, gdzie tym razem próbowano zabrać mu przesyłkę siłą. Przyparty do muru Chmielewski nie stracił zimnej krwi, tłumacząc angielskim oficerom, że posiadanie samych części do rakiety nic im nie da, bo on jest jedyną osobą, która zna szczegóły techniczne, niezbędne do rozpracowania niemieckiej broni. Dopiero po tym Anglicy odpuścili i odwieźli go do Londynu, gdzie wreszcie mógł skontaktować się z polskimi oficerami. Dziwne zachowanie, bądź co bądź, jeszcze sojuszników, mogą wyjaśnić słowa jakie tuż przed odlotem inż. Chmielewski usłyszał od ówczesnego szefa wywiadu AK, Kazimierza Iranka-Osmeckiego.
„W Londynie możecie natknąć się na wiele nieoczekiwanych rzeczy. Nie powinny one być dla was zaskoczeniem i dlatego muszę się moimi podejrzeniami z wami podzielić. (…) Są tendencje by nasz wkład w wysiłek wojenny pomniejszać. Odkrycie przez AK niewątpliwie największej technicznej tajemnicy niemieckiej, dostarczenie jej szczegółów samolotem z okupowanego kraju do Londynu jeszcze przed użyciem jej na polu walki, będzie wyczynem nie byle jakim. Niemcy zapowiadają, że broń ta przyniesie im zwycięstwo. Jeśli worek „skorup”, które wieziecie, miałby ich tego pozbawić, to przecież znajdą się siły, którym zależy na tym, by tego nie zapisać na koncie Polski. Wczesne (…) zabranie wam „skorup” może ułatwić stworzenie pozorów, że były one bezwartościowe”.
Inż. Chmielewski już nie wrócił do Polski. Od Brytyjczyków, którzy jak się później okazało, liczyli na jego współpracę, dostał znaczną nagrodę pieniężną i domek na przedmieściach Londynu. Któregoś dnia odwiedził go tajemniczy gość i zaproponował pracę dla brytyjskiego wywiadu. Chmielewski odmówił, tłumacząc, że w czasie wojny pracował w wywiadzie wyłącznie dla swojego ojczystego kraju i nigdy nie zostanie zawodowym szpiegiem. Tuż po tej wizycie do Chmielewskiego oddano kilka strzałów przez okienko łazienki, w której właśnie się kąpał. „Nieznanych sprawców” oczywiście nigdy nie złapano, a przyczyna tajemniczego zamachu pozostała zagadką. Chmielewski zrozumiał, że nie jest bezpieczny na Wyspach i postanowił wyjechać do Brazylii, nie czekając na koniec wojny.
Decyzja Chmielewskiego spowodowała nieoczekiwany problem biurokratyczny. Otóż nie miał on żadnych dokumentów, na podstawie, których mógłby wyjechać za ocean. Do Londynu przybył jako Rafał Meduniecki, natomiast do Brazylii, gdzie dobrze go znano jeszcze sprzed wojny, mógł się udać tylko pod swoim prawdziwym nazwiskiem. Według relacji Jadwigi Chmielewskiej – żony Jerzego Chmielewskiego, Anglicy stwierdzili, że najprościej będzie jak „uśmiercą” Rafała Medunieckiego. Aby zadośćuczynić wszystkim formalnościom, pewnego wieczora, kiedy z londyńskiego biura Scotland Yardu wyszedł już ostatni pracownik, weszła do niego ekipa „grabarzy”, wraz z „nieboszczykiem”, który był o tyle nietypowy, że wszedł na własnych nogach i był w całkiem dobrej formie.  W jednym z pokoi zestawiono dwa biurka, na których ułożono „Rafała Medunieckiego”, a na czterech rogach ustawiono butelki whisky, pełniące rolę gromnic. Jeden z „grabarzy” – jak się okazało lekarz, wypisał całkiem oficjalny akt zgonu, po czym przystąpiono do nieoficjalnej już stypy, wypróżniając wszystkie cztery „gromnice”. Rafał Meduniecki, formalnie „zmarł” więc nie było przeszkód, aby wydać paszport Jerzemu Chmielewskiemu.

Epilog

Części rakiety i informacje techniczne przywiezione przez inż. Chmielewskiego uświadomiły Brytyjczykom, że przed V-2 nie ma obrony, co zadecydowało o podjęciu decyzji o ewakuacji części mieszkańców Londynu i uratowało życie wielu cywilom. Pierwsza rakieta V-2 spadła na londyńską dzielnicę Chiswick 8 września 1944 roku. Eksplozja każdej kolejnej stanowiła całkowite zaskoczenie, ponieważ nadlatywały one z prędkością większą od dźwięku. Było już jednak za późno, aby rakiety V-2 mogły przesądzić o losach wojny, jak chcieli Niemcy. Wojska Alianckie szybko zajęły wyrzutnie rakiet znajdujące się na wybrzeżu Francji, a na teren poligonu w Bliźnie weszli Sowieci.
Wkrótce wojna się zakończyła, a wkład polskiego wywiadu w rozpracowanie najnowocześniejszej broni Hitlera, zgodnie z przewidywaniami płk Iranka-Osmeckiego, został szybko usunięty w cień. Przez kolejne dziesięciolecia zasługi i znaczenie polskiego wywiadu były przemilczane, a często wręcz zakłamywane. Dopiero po 1989 roku Polska mogła się upomnieć o należne jej zasługi i chwałę.
O tym jaka była skala działalności i jakie znaczenie miał polski wywiad podczas II wojny światowej najlepiej świadczą słowa, komandora Wilfreda Dunderdale, który w raporcie sporządzonym po wojnie dla Winstona Churchilla napisał, że z 44770 meldunków jakie w okresie pomiędzy 3 września 1939 a 8 maja 1945 otrzymała centrala brytyjskiego wywiadu, 22047 pochodziło z polskich źródeł, po czym dodał: „Jak widać polscy agenci prowadzili intensywną działalność przez ostatnie 5 lat, a informacje, które dostarczali, często z narażeniem swojego życia i życia bliskich osób, stanowią ogromny materiał wszelkiego rodzaju, obejmujący szeroki wachlarz zagadnień. Polskie Służby Wywiadowcze wniosły bezcenny wkład w planowanie i udane przeprowadzenie inwazji na siły niemieckie w Europie oraz przyczyniły się do ostatecznego zwycięstwa Sił Sprzymierzonych w Europie”.
Natomiast gen. Kroner, zastępca szefa amerykańskiego Military Intelligence Division, w rozmowie z gen. Sikorskim podczas jego wizyty w USA, powiedział: „Armia Polska posiada najlepszy wywiad na świecie. Wartość jego jest dla nas nieoceniona. Niestety w zamian możemy dać bardzo niewiele”. Amerykański generał miał niestety rację – w zamian nie dostaliśmy nic…
Nie da się oszacować, w jakiej mierze polski wywiad przyczynił się do pokonania III Rzeszy, można jednak zaryzykować stwierdzenie, że informacje zdobywane przez Polaków znacznie przyspieszyły zakończenie wojny i uratowały życie tysiącom alianckich żołnierzy i cywilów. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, że zdobycie wielu bezcennych informacji zostało okupione życiem, często anonimowych bohaterów.

Bibliografia:
M. Wojewódzki, Akcja V-1, V-2, Warszawa 1972
S. Darlow, Specjalne operacje bombowców, Warszawa 2010

Netografia:
Raport z Oslo i jego autor
Operacja "Most III" - relacja jednego z uczestników
Wkład polskiego wywiadu w zwycięstwo aliantów w II wojnie światowej

wtorek, 17 stycznia 2012, jonaszdrobniak

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: , *.pansa.pl
2012/01/19 08:07:06
świetny artykul!
jedna uwaga - miejscowość, w pobliżu której przechwycono V-2 to SARNAKI, nie SARNY.
pozdrawiam
-
2012/01/19 10:31:39
Oczywiście, że Sarnaki - musiałem zrobić literówkę - dziękuję za korektę i zapraszam częściej :-)
pozdrawiam
-
ojciec_wwwirgiliusz
2012/01/24 11:54:48
Ja dodaję do ulubionych!!!
Może od razu książkę w tym tramwaju napisz!
-
ojciec_wwwirgiliusz
2012/01/24 14:07:41
A i ijeszcze jedno "Mosquito" nie "Mosquit", ale to są drobiazgi. Pozdrawiam
-
2012/01/24 20:47:29
Słuszna uwaga - powinni być Mosquito - już poprawiam.
Jak już rozmawiamy o "Komarze", to polecam poniższy wpis:
jonaszdrobniak.blox.pl/2011/06/Kryptonim-Jerycho.html

Natomiast odnośnie pomysłu z książką, to aktualnie jest on równie realny jak to, że mojego bloga "polubi" kilkaset osób ;-)

wielkie dzięki za komentarz i korektę
zapraszam częściej

i pozdrawiam :-)
-
ojciec_wwwirgiliusz
2012/01/24 22:47:36
będę zaglądał regularnie - pozdrawiam
-
Gość: BS, *.dynamic.chello.pl
2012/11/24 13:15:04
Moja mama Stanisława Spasowska "IRENA"pracując w Biurze Studiów ARKA, otrzymała pierwszą propozycję by polecieć z tą przesyłką do Londynu. Wyznaczono jednak Jerzego Chmielewskiego, używając argumentu,iż mama jako słaba kobieta zostanie po prostu wyrzucona z tego samolotu przez Anglików. Czy to nie zakrawało na wielki skandal, a obrazowało jak byliśmy wykorzystywani przez tzw. sojuszników. Nie najlepiej działo się także w KG AK wśród samych Polaków, były przepychanki kto jest lepszy i ma więcej zasług. Następcy Jerzego Chmelewskiego najchętniej usuwali i wymazywali dotychczasowych jego współpracowników o wielkich zasługach dla ZWZ i AK. Pisali nową historię KG AK, nie ruszając oczywiście jej szefów. Pytam się czy większe zasługi dla AK mieli ludzie w latach do 1943r , czy po 1943r? Kto zwerbował do AK: KOCJANA, GLIWITZA - odpowiadam moja mama. Dlaczego więc jej następca w ARCE - Pan Mickiewicz manipulując WOJEWÓDZKIM w jego opracowaniach - wymazał ją z historii KG AK?
-
2012/11/25 09:19:27
Bardzo dziękuję za cenny komentarz! Jeżeli nie stanowi to wielkiego problemu, to będę niezmiernie wdzięczny za kontakt na: jonaszdrobniak@gazeta.pl.
J.D.

  

   
stat4u





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

free counters