Historia nie jest nudna, są tylko źle opowiedziane historie...
Blog > Komentarze do wpisu

My name is Bond, James Bond


Prawdziwy James Bond nie był Brytyjczykiem, ani agentem wywiadu, tylko… amerykańskim ornitologiem.

Czytając książkę, czy oglądając film, często zastanawiamy się skąd autor czerpał inspirację i w jakim zakresie fabuła odzwierciedla fakty.
O tym, że najsłynniejszy brytyjski szpieg dostał takie a nie inne nazwisko, zadecydowało hobby Iana Fleminga, który pasjonował się ornitologią.
Pierwsza powieść o przygodach agenta 007 pod tytułem „Casino Royal”, powstawała podczas pobytu Fleminga w jego posiadłości, Goldeneye na Jamajce, gdzie miał on w zwyczaju czytać „do poduszki” książkę na temat karaibskich ptaków. Lekturą, którą studiował Fleming przed snem, poszerzając w ten sposób swoją wiedzę na temat ornitologii, była monografia „Birds of the West Indies” (Ptaki Indii Zachodnich), napisana przez, amerykańskiego naukowca i podróżnika, o nazwisku James Bond.
Fleming, który od dłuższego czasu zastanawiał się jak nazwać głównego bohatera swojej pierwszej powieści, doznał olśnienia patrząc na okładkę, leżącej przy łóżku, monografii.
Nazwisko James Bond ujęło go swoją prostotą. Według Fleminga było typowo angielskie, a jednocześnie łatwe do wypowiedzenie we wszystkich językach i do tego krótkie oraz nieromantyczne i męskie. 
Tak oto narodził się fikcyjny James Bond, który wkrótce miał przyćmić sławą swojego autentycznego imiennika.
Osobna historia dotyczy genezy słynnego „M”, czyli kryptonimu, którym byli nazywani wszyscy kolejni szefowie agenta 007.
Jedna z teorii mówi, iż w tym wypadku, inspiracją dla Fleminga była jego własna matka, do której w dzieciństwie mówił „M”.
Według innej hipotezy, Fleming wzorował się na pomyśle Sir Mansfielda Smitha-Cumminga - pierwszego szefa brytyjskich służb specjalnych, którego nazwisko – z racji pełnionej funkcji, było ściśle tajne i który zawsze podpisywał dokumenty pojedynczą literą „C”. Tradycję tę zachowali wszyscy kolejni szefowie brytyjskiego wywiadu, chociaż żaden z nich nie nosił nazwiska zaczynającego się na literę „C”.
Fleming miał wykorzystać ten pomysł i przez szacunek dla legendarnego szefa brytyjskiego wywiadu, użyć pierwszej litery jego imienia, przez co zamiast „C”, otrzymaliśmy „M”.
No i na koniec - polski akcent.
Otóż muzą Iana Fleminga była „ulubiona agentka Churchilla", czyli słynna Krystyna Skarbek, którą Fleming miał okazję poznać i jak sugerują niektórzy, z którą łączyło go namiętne, trwające niespełna rok, uczucie. Podczas wojny, Fleming był oficerem wywiadu brytyjskiej marynarki wojennej, zatem wspólnych tematów i "płaszczyzn porozumienia", tej parze, raczej nie brakowało...
Koniec końców, nasza rodaczka wywarła na twórcy Jamesa Bonda tak mocne wrażenie, że uczynił ją pierwowzorem Vesper Lynd - głównej postaci kobiecej, w swojej pierwszej powieści „Casino Royal”.   

środa, 02 marca 2011, jonaszdrobniak

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/03/03 08:02:34
Popularność Jamesa Bonda wśród męskiej części populacji zawsze mnie rozczulała. To taki bohater niedościgniony ... nie dość, że agent wywiadu, czyli twardy typ, to na dokładkę przystojniak, powalający swą urodą każdą napotkaną kobietę.:)
Tak, udało się autorowi stworzyć postać do której wzdychają nie tylko kobiety, ale głównie mężczyźni:) Choć ostatnia wersja idzie w nieco brutalniejszym kierunku, i Bond mniej amantowty:)
-
2011/03/03 19:59:18
Podoba mi się nowa koncepcja Bonda - taki bardziej ludzki ten James ;-) Chociaż kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jak obrywa i do tego krwawi, to byłem w szoku - jak tak można poniewierać Bondem?!!! ;-)
Ponieważ nie jestem koneserem męskiej urody, to w kwestii "amantowości" najnowszego Bonda się nie wypowiadam, ale Mój Osobisty Ekspert, twierdzi, że: "od szyi w dół jest OK" ;-)
-
2011/03/04 09:46:05
Nowa wersja rzeczywiście łamie szablonowatość poprzednich. Ale czasy się zmieniły i takie słodkie obrazki sprzed lat wydaja się naiwne dziś.
Dżonka ma rację, że nowy Bond mniej gładką buźkę ma od poprzednich, ale do nowej formuły bardziej pasuje. Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że bardziej pociąga mnie jego chropowatość niż lalkowatość poprzedników. :)
Filmy doskonale oddają zmiany mentalności populacji ludzkiej ... kiedys było w nich tyle ckliwości, łagodności, poprawności .... dziś dominuje brutalność i przede wszytskim niesamowita szybkość migających klatek ...
-
2011/03/04 19:15:51
Bond musiał się zmienić, bo przy innych filmach z tego gatunki zaczynał "trącić myszką", więc ewolucja jest chyba uzasadniona. Z drugiej strony, Bond jako dżentelmen, który nigdy nie obrywał i nawet się nie pocił podczas walki, to był jeden ze "znaków firmowych", odróżniających go od innych herosów ekranu.
Podoba mi się "nowy" Bond, ale jego poprzednie - "niezniszczalne" wersje, też lubię oglądać :-)
-
2015/07/15 13:40:28
Faktycznie popularnośc J Bonda była i jest niesamowita. W dzisiejszych czasach nie ma już chyba takiego bohatera, który spisałby się jako niesłabnący chwałą detektyw.Wrocław wydaje mi się na tyle niebezpiecznym miastem, że przydałby się tutaj taki Bond, który czuwał by nas bezpieczeństwem :D

  

   
stat4u





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

free counters